Zmora

1
Konik polny tak długo piłował jabłoń, aż zakuł
drgający sześcian powietrza w ciągły skrzyp.
Jest to noc torquemady, pełna mistycznych znaków,
bo widzę krzyźe i koła ogniste u szyb.
Musiałem za długo patrzeć, za długo słuchać,
bo widok wpadł przez okno jak ryba śliska
i jakby szept nagle przytknięty do ucha
tłumaczył mi śmierć zupełnie z bliska.
Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę
ukrytą na samym dnie źrenic?
Nawet wieczór i miesiąc ten sam,
nawet zapach włosów się nie zmienił.
Znów przebiłaś ściany czarny taran
eliptycznym lotem trwogi.
Niosłaś w oczach zielony ogień,
zamyślona, niedorzeczna mara.
Ręce smukłe jak błyski nożyc
obcy cień twój na gardło mi włożył.
Mocno wrastał wyrwanym korzeniem
w zabliżnione rany oczu,
aż do serca kamieniem się toczył
i jak gałąż zrastałem się z cieniem.
Niewidzialny promień pajęczyn
jak łodygi trwogi - rwałem w lęku.
Kto przypomniał wtedy tę piosenkę?
Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę?
Sucho sypał się trzask meteorów,
gdy chwyciłem za ciszy krawędż
i księżycem płaskim jak toporem
rozrąbałem twoją straszną zjawę. 
2
Właśnie z jabłoni wraz z rosą zerwały się ptaki
jak liście płoche,
za oknem stał świeży świt
jak rozkrojony, dymiący jeszcze bochen.
Pies przebudzony nagle węszył ślady krwi.
sierpień 41 r, Kirszek

© 1999/2017 JoKeR. All Rights Reserved.