Powrót.

Matce mojej
Trzeba... otworzyć jeden z tych gęstych wieczorów
i przejść swobodną runią w rozległy łąk odmęt,
przez zalewisko światła zryte bujną smugą
ugoru...
Pod lukiem szklanym nieba rozpiąć modre oczy,
rozleje głębia piersi nad gór grafit
i zachlyśnie się słońcem, spłynie w dzwonny kobalt,
który kołysać ciszą jak morze potrafi,
a potem...
obudzić się w snach i prześlizgu myśli,
rozwinąć pejzaż jak oczy zbudzone pod lśnieniem,
wybiec w ulice przez zamarłe cienie
i cucić szybko wpółomdlałe chwile...
Dzień, przebieg oczu, jak lampy pociągów zaświeci,
ludzie rozwiną twarze - pomięte obrazki,
z kopuły światła, pełnej, nabrzmiałej i płaskiej,
dalekie, znane miasto wyjdzie procesją naprzeciw.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
rynnami ulic spłyną ciężkie pszczoły skwaru,
wyleją na wieś upal potokami żyta,
sypną uliczki dni, które można jak ziemię odczytać,
a z każdą chwilą będzie ciszej, dawniej, dalej...
Ktoś daleki i znany weźmie mnie miękko za rękę,
chwile przestaną jak ptaki spłoszone uciekać,
wejdziemy w pełne stragany napuchłe zielenią i tłuszczem,
w sklepy pachnące chłodem, sinym marmurem mleka.
O zmierzchu zgasną ostatnie gromnice kwiatów,
wrócimy w cichy szelest sypiący się zmrokiem,
w otwarte okna wiosna powróci jak kroki
i zastygnie na ustach ciepła, dżdżysta zieleń,
w ciemne podwórze zajrzymy jak w noc brukowaną
i gęstym chłodem wionie czerni mętna tafla,
cisza zgęstniała w świetle zgaśnie w murów kaflach
przejdzie się echem w noc jak w ciemny wąwóz.
12.I.39

© 1999/2017 JoKeR. All Rights Reserved.