Bajka

Ludzie pro¶ci i zbrojni, więc smutni,
wchodzili na okręty omszałe;
niebo grało podobne do lutni
srebrnej chyba i kwiatem pachniało.
Od uliczek rzeĽbionych w cieniu
szła procesja czy biały ¶wit
i ¶wiergotał jak ptak na ramieniu
żywot m±dry rosn±cych lip.
Potem morza dzieliły się, tarły
szorstk± skór± bokiem o bok;
co¶ wschodziło, a potem marło,
nie odgadn±ć: przez dzień czy rok.
Gwiazdy były nisko jak gołębie.
Ludzie smutni nachylali twarz
i szukali gwiazd prawdziwych w głębi
z tym u¶miechem, który chyba znasz.
Potem l±dy się otwarły jak bramy,
góry mrucz±c prowadziły pod obłok,
więc rzucali w fale nieba kamień,
żeby zmierzyć głębie nieba pod sob±.
I na wiatrów rozłożystych wydmach
sieli drzewek młodziutkich las,
i marzyli złotych dębów widma
z tym u¶miechem, który chyba znasz.
Aż wyrosły krzepkie i jasne,
jakby wody przezroczysty płaszcz,
więc patrzyli jak na serca własne
z tym u¶miechem który chyba znasz.
No, i stolarz schylał z wolna głowę
i wyciosał przez czas niedługi
dla nich wonne trumny dębowe,
a dla synów ich dębowe maczugi.
Więc odeszli. ¦piewał obcy czas.
Więc odeszli przez powietrza białe strugi
z tym u¶miechem który dobrze znasz.
23 VI 44 r.
¦piew z pożogi, 1947

© 1999/2017 JoKeR. All Rights Reserved.